Marian Bała — „jestem kawał historii polskiego himalaizmu"

Rozmowa o czasach, gdy na wyprawę jechało się z puszkami konserw, sprzętem szytym w domu i pozwoleniem załatwianym latami.

Zdanie z tytułu jest jego własne i pada w rozmowie z uśmiechem, ale jest w nim niewiele przesady. Marian Bała należy do pokolenia, które budowało polski himalaizm wtedy, gdy nie było ani sprzętu, ani pieniędzy, ani łatwego dostępu do gór — i mimo to zrobiło rzeczy, które do dziś są punktem odniesienia.

Nazwisko nie jest dziś powszechnie znane poza środowiskiem i to samo w sobie coś mówi o tym, jak pamiętamy tamten okres: zapamiętaliśmy kilku, a jechały dziesiątki.

Ta rozmowa nie jest o rekordach. Jest o tym, jak taka wyprawa w ogóle dochodziła do skutku: co trzeba było załatwić, z czego się jechało i dlaczego tamtego układu nie da się dziś odtworzyć.

Czym była wyprawa w tamtej epoce

Dziś wyprawa to kwestia pieniędzy i urlopu. Wtedy była to operacja logistyczna rozłożona na lata, w której samo wspinanie stanowiło końcówkę.

Trzeba było zdobyć pozwolenie — najpierw krajowe, potem od kraju docelowego, oba w systemie, który nie był po to, by komukolwiek pomagać. Trzeba było zebrać sprzęt, którego w sklepach nie było. I trzeba było zorganizować pieniądze, których nikt nie dawał na sport.

Skąd brały się pieniądze

Odpowiedź brzmi: z handlu, i to jest część historii, o której mówi się najmniej chętnie.

Bez tego mechanizmu polskich wypraw w Himalajach po prostu by nie było. To nie jest anegdota, tylko warunek istnienia całej epoki.

Warto to powiedzieć wprost, bo w oficjalnych relacjach tamtych lat ten wątek zwykle znika. Zostaje sportowy wyczyn, znika ciężarówka z towarem, bez której nikt by na miejsce nie dojechał. Jedno nie umniejsza drugiego — raczej pokazuje, ile trzeba było zorganizować, żeby w ogóle stanąć pod ścianą.

Sprzęt, którego nie było

Puchowe kurtki szyto samodzielnie albo w zaprzyjaźnionych zakładach, z materiałów zdobywanych okazjonalnie. Czekany i raki bywały przerabiane. Namioty, buty, uprzęże — wszystko było albo przywożone przy okazji, albo robione.

To miało dwie konsekwencje. Pierwsza oczywista: sprzęt bywał gorszy i cięższy. Druga mniej: ludzie znali go do końca, bo sami go zrobili, i wiedzieli dokładnie, gdzie jest jego granica.

Dziś jest odwrotnie. Sprzęt jest lepszy od użytkownika i to on wyznacza granicę — a ta granica bywa nieznana, dopóki się jej nie przekroczy. Kurtka, która wytrzyma więcej niż człowiek w niej, potrafi wciągnąć dalej, niż było w planie.

Zimowy himalaizm, w którym Polacy byli pierwsi, wziął się częściowo właśnie stąd. Sezon zimowy był tańszy, pozwolenia łatwiejsze, a konkurencja żadna — nikt inny nie chciał tam wtedy jeździć.

WtedyDziś
Sprzęt szyty i przerabiany samodzielnieSprzęt kupowany, testowany, certyfikowany
Pozwolenie załatwiane latamiPozwolenie do kupienia z agencją
Finansowanie z handlu przy okazjiSponsorzy, crowdfunding, klienci komercyjni
Łączność: poczta i goniecTelefon satelitarny, prognoza co sześć godzin
Ratunek: własny zespółŚmigłowiec, ubezpieczenie, ratownicy

Dlaczego akurat Polacy

Pytanie wraca w każdej rozmowie o tamtej epoce i odpowiedź jest mniej romantyczna, niż się oczekuje.

Zdecydowała kombinacja trzech rzeczy: silnej tradycji taternickiej, która dawała zaplecze techniczne; klubów wysokogórskich działających jako realne organizacje, a nie tylko stowarzyszenia; oraz sytuacji, w której wyjazd na wyprawę był jedną z niewielu legalnych dróg wydostania się za granicę na dłużej.

Ta ostatnia bywa pomijana, a była bardzo konkretną motywacją. Do klubu przychodzili ludzie, którzy chcieli się wspinać, ale też tacy, dla których wyprawa była sposobem zobaczenia świata — i jedni i drudzy trenowali tak samo ciężko, bo selekcja była ostra.

Co się przez to zmieniło w podejściu

Najciekawsza część rozmowy dotyczy nie sprzętu, tylko decyzji. Przy braku łączności i braku możliwości ratunku zespół był zdany wyłącznie na siebie — a to zmienia sposób szacowania ryzyka.

Nie chodzi o to, że tamci ludzie byli odważniejsi. Chodzi o to, że nie mieli opcji wezwania pomocy, więc margines, jaki sobie zostawiali, musiał być inny. Decyzja o zawróceniu zapadała wcześniej, bo zejście trzeba było zrobić o własnych siłach niezależnie od tego, co się stało.

Dziś ten margines bywa mniejszy, bo istnieje siatka bezpieczeństwa. To nie jest zarzut — to opis zmiany, która realnie zaszła.

Druga rzecz to czas. Wyprawa trwała miesiącami, więc na aklimatyzację i na czekanie na okno pogodowe było go tyle, ile trzeba. Dziś wyjazd jest przycięty do urlopu, a presja terminu robi z pogodą to samo, co robi z każdą inną decyzją — skłania do przymykania oka.

Czego nie da się powtórzyć

Co zostało z tamtej szkoły

Nie sam sprzęt ani metody, bo te się zmieniły całkowicie. Zostało coś trudniejszego do nazwania: przekonanie, że wyprawa jest przedsięwzięciem zespołowym, w którym pojedyncze wejście na szczyt znaczy mniej niż to, czy wszyscy wrócili.

Widać to do dziś w sposobie, w jaki polskie środowisko mówi o wypadkach — rzeczowo, bez heroizacji, z naciskiem na to, co dało się zrobić inaczej. To także jest dziedzictwo tamtej epoki, w której na pomoc z zewnątrz nie było co liczyć.

Dlaczego warto o tym pamiętać

Bo polski himalaizm ma dziś status legendy, a legenda ma to do siebie, że gubi szczegóły. Zostaje lista szczytów i nazwisk, znika to, że za każdym z nich stały lata załatwiania, szycia i handlowania.

Marian Bała mówi o tamtym czasie bez nostalgii i bez podkolorowania — raczej jak o okresie, który miał swoje warunki i w tych warunkach dawał to, co dawał. To rzadka perspektywa, bo zwykle mówi się albo z podziwem, albo z pretensją.

Rozmowy z ludźmi, którzy pamiętają tamte lata, mają jeszcze jedną wartość: pozwalają sprawdzić, ile z powtarzanych historii wytrzymuje kontakt ze świadkiem. Zwykle mniej, niż się wydaje.

Jest też powód praktyczny, żeby te rozmowy zapisywać teraz. To pokolenie odchodzi, a wraz z nim znika wiedza, której nie ma w żadnym archiwum: nie daty i nazwy szczytów, bo te są spisane, tylko to, jak się wtedy myślało i na jakiej podstawie podejmowało decyzje.

O tym, jak ta sama historia wygląda z perspektywy ludzi, którzy dziś wchodzą najwyżej, pisałem w tekście o tym, jak szerpowie k2 zdobyli szczyt zimą jako pierwsi.

O tym, jak przepisy zmieniają dziś dostęp do gór, jest tekst o Mont Blanc, a spór o to, który szczyt jest właściwie najwyższy w Europie, rozstrzygam w tekście najwyższa góra europy. Więcej rozmów i tekstów publicystycznych jest w dziale teksty z działu Felietony i wywiady.

Frequently asked questions

Kim jest Marian Bała?

Wspinaczem z pokolenia, które tworzyło polski himalaizm w czasach, gdy sprzęt szyto samodzielnie, a wyprawy finansowano handlem prowadzonym przy okazji wyjazdu. Sam określa się żartobliwie jako „kawał historii polskiego himalaizmu".

Jak finansowano polskie wyprawy himalajskie?

W dużej mierze handlem: wywożono towar deficytowy w kraju docelowym, wracano z towarem deficytowym w Polsce, a różnica pokrywała koszty wyprawy. Formalnie były to wyjazdy sportowe, praktycznie także handlowe — bez tego mechanizmu wypraw by nie było.

Dlaczego Polacy byli pierwsi w himalaizmie zimowym?

Bo zimą było taniej, pozwolenia były łatwiejsze do uzyskania, a konkurencja praktycznie nie istniała — nikt inny nie chciał wtedy jeździć w Himalaje o tej porze roku. Ograniczenia finansowe pchnęły polskie wyprawy w niszę, która okazała się przełomowa.

Czy tamte wyprawy były bardziej ryzykowne?

Inaczej ryzykowne. Bez łączności i bez możliwości wezwania pomocy zespół musiał zejść o własnych siłach niezależnie od okoliczności, więc margines bezpieczeństwa był z konieczności większy, a decyzja o zawróceniu zapadała wcześniej.

Czym różniły się tamte wyprawy od dzisiejszych?

Skalą przygotowań i samodzielnością. Pozwolenia załatwiano latami, sprzęt wytwarzano lub przerabiano samemu, a wyprawa trwała miesiącami bez bieżącego kontaktu ze światem. Dziś sprzęt się kupuje, pozwolenie załatwia agencja, a prognoza przychodzi co kilka godzin.