Blog

Blog

Wulkan Nea Kameni, wyspa Palea Kameni, góra Profiti Ilia, Santorini (Grecja)

Ekshalacje wulkaniczne w greckim wulkanie Nea Kameni.
Gdy turyści wracali na łodzie, mogłem zająć się eksploracją głównego krateru Nea Kameni. Podzielony jest na dwie części, płytszą i głębszą. Zejście na dno jest bezproblemowe, do powierzchni w skrajnym punkcie jest niewiele ponad 10 metrów. Sam krater jest niewielki, o nierównomiernym owalnym kształcie. Ścieżka wokół ma jakieś 300 metrów. Erupcja z 1950 roku to najmłodsza erupcja w tej części Europy i to ona ukształtowała ostatecznie obecny krater. Znajduje się w sąsiedztwie najwyższego punktu wyspy (pomiar GPS: 127-130m n.p.m. z dokładnością do 3 m, E 25°23’42, N 36°24’15). Dzięki kolejnym erupcjom wyspa jest „rozlana”, płaska, de facto jest stożkiem wulkanicznym z kraterem u szczytu. Jego większość jest pod powierzchnią morza. Przy czym takie ukształtowanie powoduje, że krater główny (centralny) szczególnie się nie wyróżnia. Nea Kameni nie posiada stromego wyrazistego stożka. Wokół głównego krateru jest trochę pasożytniczych, mniejszych, niektóre powstały w wyniku wybuchów gazów. Im też przyjrzałem się z bliska.

Znajdując się w płytszej części głównego krateru, u podnóża niewielkiej skały, patrzę, leży sobie nowiutka czapka z daszkiem z wyszytym napisem Santorini i flagą Grecji. To wiatr komuś ją zmiótł i wepchał do krateru i ten ktoś nie pofatygował się ją odnaleźć. A wiało rzeczywiście bardzo mocno, drobniejsze dziewczyny wywracało. Rano wiatr był chłodny, w ciągu dnia coraz cieplejszy, niósł ze sobą sporo kurzu i piasku. Dawał w kość i przez kolejne dni było podobnie. Ta czapka spadła mi z nieba, bo pakując się w pośpiechu zapomniałem kremu przeciwsłonecznego i chustki tunelowej. Słońce grzało ostro. Ta czapka uratowała mi skórę na głowie i czole, chociaż i tak trochę się spaliłem. Gdyby nie to znalezisko musiałbym kupić jakieś nakrycie. Czapka nie produkcji chińskiej, solidna, z naszytymi a nie naklejonymi napisami, wydatek z pewnością od około 10 do 15 euro. Zaoszczędziłem. Szczęście tego dnia mi dopisywało.

Najbardziej interesującym mnie fragmentem krateru były fumarole na jego wschodnim zboczu pod szczytem. Fumarole to rodzaj wysokotemperaturowych eskalacji (wyziewów) wulkanicznych charakterystycznych dla aktywnych wulkanów. Mogą liczyć sobie kilkaset stopni Celsjusza, nieraz się o tym przekonałem. Czym bardziej gorące, tym „lepiej to świadczy” o aktywności wulkanu. Na wulkanie Nea Kameni znajdują się one w niewygodnym miejscu. Sypko, krucho i stromo, ale udałem się do kilku z nich. Zbadałem temperaturę. Szału nie było, 85-95 stopni Celsjusza. Owe fumarole to tak naprawdę solfatary(rodzaj chłodniejszych wyziewów), są niewielkie i słabe, ale mimo to zapach siarkowodoru i chlorowodoru były silne. Towarzyszyła im gorąca para wodna. U wylotu fumaroli można zaobserwować naloty siarkowe w postaci skrystalizowanej.

Santorini 2Po kilku godzinach, gdy po 16:00 zauważyłem ludzi zmierzających w moim kierunku nastał czas na „ewakuację”. Wziąłem plecak i udałem się na poszukiwanie miejsca pod namiot, co na wulkanach zwykle łatwe nie jest. Ponadto musiało być to takie miejsce, by nie widzieli mnie turyści z krateru i najlepiej także statki przepływające wokół wyspy. Ochrona przed wiatrem też była istotna. Jakieś 200 metrów od krateru na wysokości 92m znalazłem niewielkie zagłębienie pośród starszych law. Dużo popiołu, jakieś kępy trawy. Oczyściłem niewielką powierzchnię z kawałków lawy i postawiłem namiot. Zapomniałem zabrać śledzie, za to miałem pod dodatkiem kamieni. W słońcu w namiocie zrobiła się sauna, nie było sensu w nim siedzieć, chociaż atakował sen po nieprzespanej nocy. Wziąłem mały plecak i ruszyłem w dół na pola lawowe ze skałami, urwiskami, pięknymi pokładami lawy obsydianowej, używanej czasami jako kamień ozdobny po oszlifowaniu. By nie brać za dużo rzeczy wziąłem na wyjazd jeden kijek trekkingowy, który czasami służy na wulkanach jako przyrząd do mierzenia długości, a nawet młotek. Fajnie było się snuć po ostrej lawie, w tym czerwonej, bogatej w żelazo. Kilkukrotnie spłoszyłem żyjące tutaj króliki. Od miejscowych usłyszałem, że na Nea Kameni są termalne źródła, dużo lepsze niż na Palea Kameni, na którą miałem widok z przed namiotu. Wiedziałem gdzie mniej więcej ich szukać. Kąpielówki do kieszeni i przez pole lawowe udałem się na południowo-zachodni fragment wyspy. Po tego typu materiałach przemierzyłem setki kilometrów albo i więcej, ale turyści mogliby sobie zrobić krzywdę. Bardzo ostra lawa, często ruchoma, luźna, niestabilna, dziury, mini urwiska, drobne elementy wspinaczki. Tor przeszkód. To lubię. Tradycyjnie jednak kilka mocnych chwytów skały i ręce poranione. Z lenistwa nie założyłem rękawiczek.  

Wiedząc w którym miejscu na Palea Kameni znajdują się termalne źródła i znając pewne prawidłowości ich występowania na wulkanach, wiedziałem gdzie powinny być. Po polach lawowych szybko nie da się chodzić, niedługo miał zapaść zmrok, ale liczyłem na sukces. Zresztą wypadałoby się wykąpać i umyć. Skoro na wyspie nie ma żadnych akwenów, to źródła musiały uchodzić do morza. Skoro morze jest chłodne, a idea kąpieli w termalnych źródłach jest taka, by było ciepło, musiałem znaleźć jakąś wąską zatoczkę ze spokojnie stojącą wodą. I taką znalazłem. Delikatny zapach siarki, osad siarkowy na wodze i brzegu – to jest to. Chwilę później zauważyłem jakieś prymitywne drewniane siedzisko. Miałem pewność, że trafiłem we właściwe miejsce, rzadko, ale odwiedzane przez ludzi. Po przeciwległej stronie wyspy w stosunku do portu, w którym wysiadłem (tam też są niewielkie termalne źródła). Dotknąłem wody pełnej siarkowej zawiesiny, ciepła. To do wody. Skoro byłem jedyną ludzką istotą w tym miejscu, a suszenie mokrych kąpielówek jest uciążliwe, wskoczyłem do wody bez. Wokół mnie za sprawą siarki zrobiło się pomarańczowo. Gruba, kilkudziesięciocentymetrowa warstwa nalotu na dnie nagle się uniosła. Fajne połączenie, słonej chłodnej wody morskiej, z termalnymi siarkowymi źródłami. Na tyle wydajnymi, że woda była ciepła, a blisko większych źródeł gorąca. Gdy się od nich oddaliłem w kierunku morza poczułem chłód. Woda morska miała temperaturę 15-17 stopni Celsjusza, czyli i tak niezłą, choćby w stosunku do Bałtyku.

Fajnie było popływać, ponurkować, wdychać zapach siarki, kąpać się w siarkowym nalocie. Przyjrzałem się samym źródłom, nakręciłem kilka podwodnych filmów, świetnie się bawiłem. Znalazłem sporo ładnych kawałków pumeksu, za to na lawę pod wodą musiałem uważać – bardzo ostra. Gdy zaczęło robić się ciemno wyszedłem z wody i w świetle księżyca dotarłem do namiotu, o 21:00. Kolacja i spać. Tylko ja i wulkan, zero ludzi poza mną – tak lubię.

Wspomniałem w poprzednim wpisie, że słynne białe domki na Santorini nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że tak jak nie widzę nic szczególnie atrakcyjnego w białych domkach na Santorini, tak wielu może uznać, że wulkan to tylko kupa porozrzucanych kamieni – nuda.

29 kwietnia, 3 dzień. Przed opuszczeniem wyspy miałem kilka godzin na dalsze wędrówki po polach lawowych z czego skwapliwie korzystałem. Pobrałem ostatnie próbki skał, ostatecznie z wyjazdu przywiozłem 3kg lawy i pumeksu. O podobnej porze co dzień wcześniej wyspę „zaatakowały” tłumy turystów. Około 12:00 zszedłem do portu, odnalazłem moją łódź. Załoga była poinformowana, że przybędę. Tym co robiłem na Nea Kameni zainteresowali się turyści, poopowiadałem im. Sporo było Australijczyków. Po Nea Kameni wycieczka przenosi się w okolice Palea Kameni. I wygląda to tak. Statek cumuje kawałek od brzegu, bo nie ma warunków, by do niego podpłynąć. Przewodniczka mówi o 30-minutowym postoju na kąpiel w termalnych źródłach. Pewnie z tych samych szczelin co na pobliskiej Nea Kameni, tylko mniej wydajnych. Informuje, że woda ma 15 stopni Celsjusza. Ci co liczyli, że będzie czas na ubiór stroju kąpielowego i odpowiednie do tego warunki zawiedli się. Ja byłem przygotowany, kąpielówki od rana nosiłem na sobie. Do wody można się dostać skokiem, co uczyniłem, albo zejściem po drabince. Do brzegu jakieś 50 metrów, dlatego to nie jest atrakcja dla słabych pływaków. Szybko dotarłem do płytkiego fragmentu zatoki z termalnymi wodami siarkowymi, które były co najwyżej letnie. Maksymalnie 20 stopni Celsjusza albo niewiele więcej. Skoro cały postój trwa 30 minut, to na ciepłe wody jest 5-10minut, a niektórzy jeszcze do nich nie dopłynęli, a statek trąbił, by już wracać. Kompletny bezsens. Człowiek ledwo dopłynął, ostrożnie doszedł do ciut cieplejszej wody z charakterystycznym siarkowym mułem. Skały wulkaniczne i głazy w wodzie nie ułatwiają tego. Po czym prawie wszyscy po niespełna 5-ciu minutach już płynęli z powrotem do statku. Jako jedyny zdążyłem wyjść na chwilę na ląd koło małego kościółka i przyjrzeć się lawie z 726 r. n.e. Potem szybko kraulem na statek jako jeden z ostatnich. Płyniemy dalej.

Właśnie dlatego tak nie lubię wszelkich zorganizowanych wyjazdów. Taka turystyka, takie zwiedzanie, nie ma absolutnie sensu. Co to miało być? Zaliczanie na zasadzie, byłem tutaj 5 minut, jest jakąś bzdurą. Później opowiada się w domach, dotarłem na Palea Kameni, kiedy tak naprawdę człowiek nie wyszedł nawet z wody na brzeg, a większość w ogóle została na statku. Poza tym termalne źródła na Palea Kameni są beznadziejne, strata czasu. Sama wyspa inna od sąsiadki, bo w najwyższym punkcie, liczącym około 100 metrów, wpada urwiskiem do morza. Jest znacznie mniejsza od Nea Kameni. Przepłynęliśmy cieśniną między nimi i po jakichś 20-tu minutach wpłynęliśmy do Nowego Portu. Część osób tutaj przesiadła się do mikrobusa, część dalej popłynęła do Starego Portu po Firą, a ja ruszyłem stąd pieszo do góry zawihastą drogą. Pasowało mi wysiąść tutaj, gdyż miałem bliżej do najwyższej góry Santorini. Na zegarku, którego nie miałem, wybiła godzina 13:30. Podziękowałem serdecznie, zapraszano mnie ponownie, będzie efektowna erupcja - przyjadę. Nowy Port (Ormos Athinios – najważniejszy na wyspie) przyjmuje rejsowe promy, zbudowano tutaj drogę asfaltową, parking, trochę restauracji. Drogami jezdnymi jest stąd około 10km do Firy, wpierw 3km pod górę, na skraj urwiska. Chodnika brak, autobus za autobusem, ciężarówki, auta. Ruch jak w centrum Aten.

Powróciłem na Santorini, której powierzchnia wynosi to 73km2, a wraz z pozostałymi wyspami kaldery 90km2. Liczbę mieszkańców szacuje się na ok. 16 tysięcy. Nazwa pochodzi z XIII w n.e., od świętej Ireny i starej katedry jej imienia w miejscowości Perissa. Obok pobliskiej wyspy Anafi, to jedyne miejsce Europy charakteryzujące się gorącym pustynnym klimatem (wg klasyfikacji Koppena). Od listopada do marca jest zimno i deszczowo, ale opady nie są duże. Od kwietnia do października jest ciepło i sucho. Rzeczywiście przez cały pobyt nie spadła kropla deszczu, zachmurzenie było rzadko. Noce - raz suche, raz wilgotne, co obserwowałem na namiocie. Dwukrotnie rano był całkowicie zawilgocony mimo ciągle wiejącego wiatru o przynajmniej umiarkowanej sile.

Po eksploracji wulkanu-wyspy Nea Kameni, teoretycznie mogłem wracać do domu. Lecz skoro miałem jeszcze kilka dni, a na Santorini jest trochę wulkanicznych miejsc, postanowiłem je odwiedzić. Nie wyrzekając się innych atrakcji. Mając czas wędrowałem sobie z plecakiem. Jako jedyny. Co przy wąskich ruchliwych drogach nie było ani atrakcyjne ani do końca bezpieczne. Grecy jeżdżą nonszalancko, a wielu turystów jakby nie miała prawa jazdy. Na wyspie bez problemów wypożyczymy samochód, skuter czy quad. Na rowerze widziałem przez tydzień tylko dwóch gości, może też gdzieś można je wypożyczyć?

Wszystkie lokalne miejscowości to białe domki i białe kościółki, od strony Firy jest świetny widok na całą kalderę i wyspy Nea Kameni oraz Palea Kameni. Kaldera i wulkanizm to zachęty w wielu folderach i ulotkach do odwiedzin wyspy. Plus białe domki rzecz jasna.

Kierowałem się na najwyższą górę Profiti Ilia (Mount Elias, 565-566m n.p.m.). Widoczna z większości wyspy, czubek miała pogrążony w chmurach. Dzień wcześniej bardzo wiało do godzin popołudniowych, potem wiatr osłabł, ale nie ucichł. Tego dnia od rana z każdą godziną był coraz mocniejszy i bardziej nieprzyjemny, aczkolwiek cieplejszy. Na niebie trochę chmur. W drodze pod górę zwiedziłem rozłożone na pagórku miasto Pyrgos Kallistis. Ładne miasteczko, ze średniowieczną zabudową miejscami, liczne kościoły pochodzą z XVIIw, na szczycie są ruiny weneckiej twierdzy. W starej części miasta uliczki piesze uliczki, czasami wąskie, tworzące labirynt. Fajnie chodziłoby się po nich gdyby nie autobusy zwożące turystów. Wystarczy, że podjadą dwa, wyjdzie z nich 100 osób i trzeba z miasteczka uciekać. Zero komfortu w jego oglądaniu. Stąd już krok do ostatecznego podejścia na Profiti Ilia. Można na wierzchołek wjechać samochodem, ale można też tak jak ja ścieżką przy kamiennym płocie wśród traw i kwiatów dostać się do góry. A tam radary wojskowe i zabytkowy kościół. Silny chłodny wiatr, temperatura 15 stopni Celsjusza i chmury - dawały uczucie prawdziwie górskie. Chociaż stałem na pagórku. Wokół skały i małe urwiska. Kępy traw i nikłe krzewy, fragmenty z drzewami, gdzieś w dole, gdzie również kamieniołom.

Na szczycie nie ma nic szczególnie ciekawego. Widoki są atrakcyjne, aczkolwiek z każdego wzgórza na wyspie są takie. Najwyższa góra Santorini nie ma pochodzenia wulkanicznego. Zbudowana jest z wapieni, widziałem też łupki. Skały nie wulkaniczne można zobaczyć w kilku miejscach wyspy. Na Santorini przygotowano liczne trasy piesze, ale oznaczenie pozostawia wiele do życzenia. Mamy tabliczkę, mapkę, a potem ścieżka często się gubi, oznaczenia są rzkrateradko. Poniekąd wynika to z faktu, iż wiele tych ścieżek jest słabo uczęszczanych. Akurat górska ścieżka ze szczytu Profiti Ilia do ruin starożytnej Thery jest jedną z lepszych. Wędruje się po skałach i kamieniach, na których czasami nie widać śladów i można stracić orientację, ale zważywszy, że w innych częściach wyspy niejednokrotnie odnalezienie znakowanej ścieżki stanowi wyzwanie, tutaj jest nieźle. Schodząc w dół ma się widok na pagórek z antycznymi ruinami, lotnisko, oraz czarne wulkaniczne plaże po obu stronach góry - w Kamari i w Perissie. Thirę (Firę) też widać. Sama ścieżka ma efektowny górski charakter, należy uważnie patrzeć pod nogi. Zbliżał się wieczór, moim zadaniem było poszukiwanie miejsca na rozbicie namiotu. Z Kamari do ruin serpentynami prowadzi droga asfaltowa. Rozbiłem się poniżej budynku-bramy do nich. Pośród skał i drzew z widokiem na Kamari, morze, plażę i lotnisko. Miejsca niewiele, ale namiot też niewielki. Problem stanowił huraganowy wiatr. Dawał się we znaki od kilku godzin. Przy zachodzącym słońcu, minęła 19:00, namiotu praktycznie nie dało się rozbić. Poznosiłem z 200 kilo kamieni do odciągów, dzięki temu namiotu nie porwało, co prawie nastąpiło przy rozkładaniu. Przytwierdzony solidnie namiot wiatr składał, potrafił przesunąć kilkunastokilogramowe głazy z przywiązanymi odciągami i kupą kamieni na nich. Gdy wszedłem do środka spokoju nie miałem. Namiot latał, dzięki okrągłym wywietrznikom nie został porwany ani rozerwany. Obawy miałem. Przyjąłem rynsztunek „bojowy” na wypadek jego zniszczenia. Wszystko spakowane w dwóch plecakach, nic luzem. Buty przywiązane do jednego z nich, ja ubrany. Gdyby namiot przestał istnieć, ubieram buty, biorę plecaki i kryję się gdzieś przed wiatrem. Jego huk, potęgowany przez prawie latający namiot nie ułatwiał zaśnięcia. Posilić się łatwo nie było. Znajdowałem się kawałek poniżej przełęczy(ok. 250m n.p.m.), to nie pomagało, ale schodzić na dół, by następnego dnia tutaj wrócić, mijało się z celem.

  • Na zdjęciach:
  • 1-13) Krater główny wulkanu Nea Kameni.
  • 14-37) wulkan Nea Kameni, w tym termalne źródła, pola lawowe, widok na Palea Kameni, mój namiot i śniadanie.
  • 38-42) Wyspa wulkaniczna Palea Kamieni z termalnymi źródłami i cieśnina pomiędzy Palea a Nea Kameni.
  • 43-51) Wyspa Santorini w tym miasto Pyrgos Kallistis, najwyższa góra  Profiti Ilia oraz nocleg po starożytną Therą. 


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2025 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search