Blog

Blog

NIKARAGUA – wulkan Concepción na wyspie Ometepe na jeziorze Cocibolca

Wulkan Concepcion 1610m, Nikaragua.
Jestem w Nikaragui. Jak wspomniałem w poprzednim tekście, opłata wjazdowa wyniosła 14USD (główna trasa San Jose – Managua). Chociaż miałem bilet do przed chwilą wymienionej stolicy, wysiadłem w Rivas. Od razu można było zauważyć, że Nikaragua jest biedniejsza od Kostaryki. Zaatakowali mnie kierowcy, choć bardziej pasuje słowo naciągacze. Oferując ze niecałe 10 kilometrów do portu podwózkę za dziesiątki dolarów. Uciekłem od nich i za cztery dolary rikszą rowerową oraz motorem dotarłem do celu (pewnie i tak przepłaciłem, ale szkoda czasu by zaoszczędzić dolara). Bilet na prom kosztował 50 cordoba i w drogę przez potężne jezioro Cocibolca (Lake Nicaragua).

Po godzinie płynięcia po wzburzonym jeziorze byłem w miejscowości Moyogalpa na wyspie Ometepe. W pierwszym napotkanym hotelu zrzuciłem swój bagaż. Może 50 metrów od portu. Dałem rzeczy do prania, poszedłem na spacer oraz zakupy.

Trochę mnie zaniepokoiła spora liczba turystów. Dotąd ich prawie nie było, a tutaj pół statku to cudzoziemcy, na własną rękę organizujący sobie podróż.

Zatem mój wypoczynkowy dzień wyglądał tak. Większość dnia w podróży. Na dworze skwar. Upierdliwe przejście graniczne. Dojazd do promu, dotarcie na wyspę i zorganizowanie sobie wyjścia na wulkan.Wypocząłem jak diabli. W temperaturach blisko 40 stopni C w cieniu.

Wyspa Ometepe skrywa dzisiaj dwa wulkany, które kiedyś pewnie były samodzielnymi wulkanami-wyspami, ale na skutek erupcji i spływających law połączyły się. Wyższy to wulkan Concepción 1610m n.p.m., drugi to Maderas 1394m. Mnie interesował jedynie ten pierwszy. Objęty jest rezerwatem i oficjalnie samemu wchodzić nie wolno. Ale jak się troszkę pokombinuje, da się. Oczywiście tablice straszą karami policyjnymi za wchodzenie bez przewodnika. Wynika to z tego jak mi tłumaczono, że turyści często mieli wypadki i problemy gdy sami wchodzili.

Nikaragua stosuje inne podejście odnośnie wulkanów aniżeli Kostaryka, ale ma tendencje w jej stylu, co świetnie będzie można zauważyć na przykładzie wulkanu Masaya. Na szczęście jest biedniejszym krajem i nie może sobie pozwolić na zamykanie wulkanów, nawet się chwali na koszulkach, że jest krajem wulkanów. Dlatego generalnie jest wymóg wchodzenia z przewodnikami na wulkany. Którzy są mało profesjonalni, ale tani. Są też opłaty parkowe za wstęp. Na Concepción cena wynosiła 25USD od osoby – w tym transport, opłata parkowa i przewodnik.

Takie podejście jest do przyjęcia pod warunkiem, że nie ma żadnych innych obostrzeń. Płacisz i wschodzisz. Czasami jest to bardzo wygodne, a bywa niezbędne. Na przykład, gdy chcę wejść na wulkan z licznymi lodowcami i szczelinami na trasie, sam szukam przewodnika, by było się z kim związać liną. Już wpadałem do szczelin podczas samotnych wspinaczek. Udawało mi się nie zabić, wyjść z nich i kontynuować wędrówkę. Ale to skrajne rozwiązanie, którego staram się unikać. Przewodnik może być też świetnym sposobem zamiast załatwiania specjalnych pozwoleń. Nieraz się umawiałem, idziesz ze mną, ale ja muszę zrobić to i to, dostaniesz podwójną stawkę. I robiłem co chciałem a przewodnik na mnie czekał, albo wręcz odpoczywał w połowie wulkanu. Znacznie gorzej jest, gdy nie zna angielskiego. Wtedy stawiam jegomościa przed faktem dokonanym, gdy idę w miejsce, oficjalnie nie przeznaczone do wędrówki (jak kilka dni później na wulkan Momotombo). Coś tam krzyczy, macha, ale nie ma wyjścia jak na mnie poczekać, bo iść zwykle nikt w takie miejsca nie ma ochoty.

Concepción to nie był dla mnie istotny wulkan do projektu, ale jest prześliczny. Bardzo stromy stratowulkan, na wyspie, zwykle u szczytu pokryty płaszczykiem chmur. Po bardziej płaskich stratowulkanach, taki klasyczny był w sam raz na rozgrzewkę. I wyśmienity na badanie medyczne. W jakim stanie jestem po wulkanie Poas. Które kontuzje są poważne, które nie. Czy powinienem odwiedzić szpital. Ale gdzie tam. Mając poważniejsze urazy nigdy nawet lekarza nie odwiedziłem na wyprawie, kontynuując ją. Więc z takimi duperelami też nie pójdę. Wyniki badań były bardzo szybkie. Większość z niezliczonych stłuczeń, naciągnięć, ran – jest niegroźna. Do tygodnia o nich zapomnę. Problemem jest spuchnięte i obolałe prawe kolano, które uszkodziłem już na Turrialbie. I potwierdziło się to, co przeczuwałem. Chyba stłukłem sobie płuco albo płuca, bo przy dużym wysiłku, bolało, gorzej mi się oddychało. W dżungli kilka razy w drzewo przywaliłem mocno klatką piersiową. Nie mniej żebra się nie ruszają, krwią nie pluję, więc to nic wielkiego. Są szanse, że do dwóch tygodni i kolano i płuca dojdą do siebie. Jak nic nie napiszę, znaczy że doszły. A wejście na Concepción okazało się wspaniałą rehabilitacją dla kolana. Naciągnięte i spięte mięśnie, ścięgna, wiązadła, trochę popuściły. Ale podczas zejścia założyłem na wszelki wypadek ortezę stabilizacyjną. Kolejnego skręcenia w tak krótkim czasie kolano nie wytrzyma. Byłoby po wyprawie. Muszę je trochę oszczędzić, chociaż lewe też boli na skutek odniesionych urazów.

Nastał dzień wejścia na wulkan, ale wcale wielu chętnych nie było. Zbiórka o 6:30, a po wpisaniu się do książki wejść, start o 7:30. Na trasie były 3 grupy, łącznie 18 osób. Standardowa piesza wycieczka zajmuje 8-9 godzin. Do pokonania jest około półtora kilometra przewyższania, stromym zboczem. Nie ma nic ekstremalnego, ale jest co wchodzić i schodzić. Podłoże twarde. Stromy stożkowy wulkan daje popalić. Do około tysiąca metrów idzie się w lesie, następuje wypłaszczenie, gdzie mocno wieje i dalej coraz bardziej stromo aż na szczyt. W tym po skałach.

Za przewodników pracowało dwóch młodych chłopaków nie znających ani słowa po angielsku, a nikt z uczestników hiszpańskiego nie znał. Dlatego szef firmy przyjechał z nami, by powiedzieć kilka zdań po angielsku.

Większość takich przewodników w różnych zakątkach świata pracuje podobnie – źle. Od początku zaczęli iść bardzo szybko, a ja od początku to zignorowałem idąc własnym tempem. Pozostali patrzyli za mną. Jeszcze nie wystartowaliśmy, a on został z tyłu. Nie minęła połowa drogi, gdy część grupy była już za mną z tyłu. Gdy zrobiło się stromo, ja ciągle szedłem tym samym tempem, bez odpoczynków. A oni dwadzieścia szybkich kroków i łapanie oddechu. Na wypłaszczeniu w rejonie 1000m n.p.m. było bardzo chłodno, wiało, skraplały się chmury, ale nie był to deszcz. Aż trudno uwierzyć, że na dole gorąc trudny do wytrzymania, a po dwóch godzinach marszu - zimno. Tutaj wyszedł kolejny błąd przewodników. Bo jedna dziewczyna została już mocno z tyłu z jednym z nich. Drugi postanowił czekać. Długo. Wszyscy strasznie przemarzli, poza mną, bo ja byłem przygotowany. Dobre buty, długie spodnie, polar. A większość z pozostałych uczestników - adidasy, krótkie spodenki, koszulki, trzęśli się z zimna. Nie przewidzieli, że tak właśnie będzie, co łatwe było do przewidzenia. Nikt im też nie powiedział. Ale nawet się nie dziwię tej beztrosce ludzi, którzy o wulkanach i górach nie mają pojęcia. Ten samotny stratowulkan kumuluje chmury, nieraz przez cały dzień wiszą efektownie nad szczytem. A moi towarzysze pytali czym będą oddychać, skoro tam jest tyle dymu. Na szczęście to tylko chmury. A skoro myśleli o dymie, czemu nie pomyśleli o maskach przeciwgazowych?

W końcu mogliśmy ruszyć dalej, stromo do góry, ale ścieżka jest tak pomyślana, że jeśli wiatr wieje standardowo co do kierunku, to nie przeszkadza zbytnio. Chłód też nie, bo jest duży wysiłek. Dopiero na szczycie, gdzie zwykle są chmury i nic nie widać, jest znowu bardzo zimno. Niezmiennie szedłem swoim tempem, przewodnicy się nie wtrącali, choć na początku chcieli. W efekcie byłem u celu o 11:00,pół godziny przed pierwszymi osobami z grupy. Wyprzedziłem w międzyczasie kolejną, trzy dziewczyny, których przewodnik marudził, że idę sam, tu skały i ścieżka słabo widoczna, chmury, niewiele widać. Oczywiście wszystko było łatwe i wyraźne, ale rozumiem, że nie miał pojęcia kto go wyprzedza – człowiek gór i wulkanów. Oficjalna wysokość to 1610m, ale mój GPS uparcie pokazywał ok. 1655m z kilkumetrowym błędem. A w punkcie startu ok. 150m, choć oficjalnie powinno być ok. 100m.

Nie zmęczyłem się bardzo, pozostali umierali ze zmęczenia. Bo ciągle szli jak przewodnik, który odstawiał popisy – wbiegając bez koszulki.

Fajne chłopaki ci „przewodnicy”, tylko kompletnie nie rozumieją swojej pracy. Z ich zachowania, twarzy, oczu, bije po prostu głupota. Osiągnęli maksymalny poziom w swojej karierze zawodowej. Z takim podejściem dalej nie zajdą. Trzeba by się pouczyć angielskiego i postawić sobie za cel zadowolenie klientów, pod nich przybrać tempo. Wyświadczyć wysokiej jakości usługę. Wzbudzić respekt i szacunek.

Ponad godzinę spędziłem na wierzchołku, ale widać dużo nie było – chmury. Za to czasami był wyczuwalny zapach siarkowodoru z niewielkich fumarol, które są w kraterze. Oficjalnie można na nim być 15 minut, ale nikt nie poganiał, poza zimnem. Zejście tą samą drogą. Stromo. Przydałyby się rękawiczki, kijki – ale nikt nie ma. Plastrów na rany od chwytania się ostrawej lawy też. Miałem rękawiczki, ale nie było potrzeby użycia, miałem resztki jednego z kijków, ale rozleciał się podczas wejścia całkowicie. Wyschły mi w końcu całkowicie buty trekkingowe, choć ich zapach pozostał średni.

Na wypłaszczeniu, na którym rano było tak chłodno, teraz świeciło słońce, a wiatr przyjemnie chłodził. Godzinę tam leżeliśmy. A ja pewnie dłużej, bo szedłem własnym tempem, czyli powoli ale szybciej od pozostałych, którzy na tej powierzchni nie czuli się pewnie. Poniżej wierzchołka przejaśniło się i były fajne widoki, ale gdyby wszystko się działo godzinę później, byłoby jeszcze lepiej. Na Concepción z tego co zauważyłem, lepsza pogoda jest w drugiej połowie dnia i nie trzeba startować tak wcześnie. Lepiej trochę później, i tak zejdzie się przed zmrokiem. Oczywiście istnieje ryzyko całodniowej złej pogody na wulkanie, taką zastałem kolejnego dnia.

W dół nie idzie się szybko, nawet w części leśnej, aż do wypłaszczenia przy starym potężnym drzewie, jest sporo stromych stopni. Jedną z atrakcji tego fragmentu były małpy, ptaki i motyle. Cała wędrówka zajęła nam 8 godzin 45 minut, ale trzy długie odpoczynki zajęły około dwie i pół godziny. Na dole upał był nie do wytrzymania. Nad jeziorem szykował się powoli kolejny cudny zachód słońca.

Kilka informacji geograficznych. Wulkan Concepción ostatnią erupcję zanim tu przyjechałem miał w 2015 roku. Wyspa Ometepe ma 276km kwadratowych i jest największą na jeziorze Cocibolca. Które z kolei jest największe w Ameryce Centralnej, pochodzenia tektonicznego (8264km2). Lustro wody jest na prawie 33m n.p.m., a głębokość dochodzi do 26m. Nikaragua chce mieć swój kanał pomiędzy oceanami, w tym przez to jezioro.

Informacje praktyczne. Czas UTC minus 6. Gniazdka elektryczne – dwa płaskie bolce. Waluta: Cordoba = 30-31 za dolara. Choć w wielu miejscach można płacić dolarami. Na wyspie Ometepe spałem w hotelu The Landing. Prosty, ale fajna sala restauracyjna, sympatyczna właścicielka. Zorganizowała mi pranie rzeczy po wulkanie Poas i wejście na wulkan. Ceny noclegów to 15USD za pokój prywatny i chyba 8USD za pokój kilkuosobowy. Bez problemów na Ometepe można wypożyczyć skutery. Promy pływają często.

Na zdjęciach: na pierwszym granica z Kostaryką, potem wulkaniczne motywy. A dalej wulkan Concepcion i jezioro Cocibolca. Pod koniec galerii także prom i wulkan widziany z miejscowości Moyogalpa.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2025 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search