Blog

Blog

KOSTARYKA – niedostępny wulkan Turrialba 3340m

Wulkan Turrialba, Kostaryka.
Idąc od strony wulkanu Irazu, wpierw zszedłem jakieś 900m deniwelacji, było trochę falowania terenu. Mały depozyt zostawiłem w San Jose, ale duży plecak i mały z elektroniką miałem ze sobą. Jak zwierzę juczne, lecz bez dramatu. Ciepły klimat, brak lodowców, to i mniej sprzętu do noszenia. Jedzenia i picia też, cywilizacja niedaleko. Zbliżając się do granic parku narodowego Turrialba musiałem zachować ostrożność. Z jednej strony, kto normalny szedłby nocą na wulkan. Nikt mnie nie wyczekiwał. Z drugiej, biały człowiek z tak dużym plecakiem, po coś się tutaj znalazł. A jest tutaj tylko wulkan Turrialba. Kiedyś atrakcja turystyczna, od lat teren zamknięty.

Pnąc się do góry, w skraplającej mgle, wpierw schowałem się w zaroślach przed motorem, a potem nie zdążyłem, bo nie miałem gdzie, przed terenówką. Zatrzymała się. A ja jakby nigdy nic ruszyłem przed siebie. Gdyby złapali mnie strażnicy, zawieźliby mnie pewnie do San Jose, byleby nie było ryzyka, że wybieram się na Turrialbę.

Maszerowałem drogą szutrową, po zmroku, dla niewidoczności, bez oświetlenia. Będąc blisko ostatnich zabudowań przed wejściem do parku, musiałem uważać na oświetlenie nad drogą i ewentualnych ludzi. Przez pastwiska, co chwilę zagrodzone płotami, nie miałem ochoty maszerować.

Czuję, że ktoś mnie obserwuje, ale nie widzę. Nagle wychodzi mężczyzna i pyta czy wszystko w porządku. A przecież jest dwudziesta, zmrok zapadł dwie godziny temu, a to prawie koniec świata. Już czułem klęskę mojej wędrówki, odpowiedziałem, że todo bien i niewzruszony szedłem dalej. Zero problemów. Została jeszcze jedna przeszkoda, ze szlabanem, wysokość około 2700m. Szlaban to tak naprawdę taśma nad drogą, ale wkoło oświetlenie, w domach słychać ludzi. Obejdę ów fragmencik pastwiskiem. Tak zrobiłem, ciemno, płoty z drutem kolczastym. Prawie sukces, ale tu lecę w dół. Rów, z półtora metra głębokości. Dziwnie wygięło mi kolano, krzywo upadłem na stopę tej samej nogi – prawej. Coś chrupnęło wyżej i niżej. Na koniec zaorałem kawałek rowu ustami. Na szczęście ziemia wulkaniczna ma dużo mikroelementów i mało kalorii. Ale najważniejsze to cisza, krzyczeć z bólu nie można, by nikt mnie nie usłyszał. Ostatecznie przywalony zostałem plecakiem.

Znowu początek wyprawy i znowu zapowiada się kontuzja i koniec. Tak jest u mnie często, tylko jakimś zrządzeniem losu te kontuzje mnie nie unieruchamiają. Warto poszukać w wyszukiwarce na stronie, opisu karkołomnego zdobycia wulkanu Villarrica w Patagonii. Który miał być rozgrzewką, a prawie się zabiłem, a do tego siłą mnie ściągano z niego.

Kolano boli, stopa boli, ale wszystko się zgina. Jakoś dojdę, potem parę dni pokuśtykam i będzie dobrze. Nawet nie użyłem żadnego medykamentu. Skręcone kolano, potłuczona stopa – kto by się takimi pierdołami przejmował. 

Jestem w parku narodowym. Znowu ciemno. Cicho i szybko oddalam się od zabudowań szutrową drogą, nadal bez oświetlenia i na czarno. Zwłaszcza, że mgły ustąpiły. Po drodze napotkałem kilka zabudowań, pustych. Oraz zamkniętą bramę z budką strażnika – od dawna nieużywane. Przeszedłem bokiem. Od strony mojego wejścia pola uprawne są do ok. 2700m wysokości, a pastwiska miejscami do 3100m. Cel dnia był taki, by iść do 22:00, najlepiej przekroczyć 3000m i rozbić namiot w ustronnym miejscu. Udało się, o 22:00 stawiałem mój mikro namiocik za 10USD z Walmartu na 3120m n.p.m. Potem nocne wyjście na wulkan. Nie ma szans. Mgła, chmury, pada deszcz. Nic nie widać. Nastawiłem budzik na 4:00, z nadzieją poprawy pogody. Nie poprawiła się. Nawet jak wejdę na wulkan, nic nie zobaczę. Zresztą gdy nic nie widać na wulkan, zwłaszcza w fazie erupcji, nie powinno się wchodzić. Co wiem, ale nigdy się nie stosuję. Argument jest zawsze ten sam, moje życie, mogę robić co chcę i w taki sam sposób się zabić. Co pół godziny sprawdzam, pogoda bez zmian. Lecz o szóstej, mgły i chmury się rozstąpiły, wyszło słońce, budzi się dzień. Cudownie. Od razu ruszam do góry. Tylko coś prawa noga boli. Zanim ją rozruszałem, był już skraj krateru. I widoczne zabezpieczenia turystyczne z przed lat - płoty. Droga szutrowa dochodzi dotąd, a kawałek dalej na wierzchołku są anteny i kamera skierowana na wulkan. Co też zawsze biorę pod uwagę wchodząc. Na wielu z nich są kamery, nie chciałbym być przez taką uchwycony, bo mogłoby to zwiastować kłopoty.

Obraz jest taki, obramowanie zewnętrzne krateru z wyrwami, a do tego jedne fragmenty młode, inne stare, zarośnięte. Faktycznie są trzy kratery, jeden wypełniony nieforemnym jeziorkiem, drugi w zboczu – aktywny. A trzeci (zewnętrzny) jakby krater-matka, zawierający dwa mniejsze. Z tego aktywnego mocno buchają gazy, acha, dno wypełnia płynna lawa. Coś podobnego jak otwór lawowy na Etnie, o którym pisałem kilka miesięcy wcześniej. Oglądam, robię zdjęcia. Pięć minut później nadciągają mgły, chmury i deszcz. Nie przez przypadek Tiurralba jest tak bogata w wodę.

Liczę, że się przejaśni, wchodzę pod anteny na wierzchołek. Jest zimno, kilka stopni Celsjusza, pada i wieje. Walczyłem cztery godziny, ale gdy nawet majtki przemokły całkowicie doszedłem do wniosku – nie przejaśni się. Miałem i tak szczęście, bo mogłem nic nie zobaczyć. Wróciłem do namiotu. W deszczu go złożyłem i coś o dwunastej start na dół. Padało nieustannie, wszystko przemokło, nawet to co miało być nieprzemakalne. Niesamowite, jak w pięć minut z cudownej pogody zrobił się koszmar.

Wulkan Turrialba mierzy 3340m n.p.m. (mój GPS pokazał 3344m z błędem do 4m). Przyjmuje się, iż od 2010 roku jest w ciągłej fazie erupcji. Jedna z większych, wybuchowych, nastąpiła w 2014 roku. Nad wulkanem królował piękny pióropusz popiołów. Przez prawie 10 ostatnich lat park jest zamknięty dla zwiedzających, co widać po niszczejących np. tablicach informacyjnych. Ale można próbować zrobić tak jak ja.

Wiedząc jak wygląda tzw. brama parkowa, gdzie jest strażnik, zdobyłem się na sposób, stosowany nieraz. Obok niej była ciekawa zarastająca chałupa. Nagle się przy niej znalazłem i udaję, że robię zdjęcia, a deszcz mi nie przeszkadza. Ze stróżówki wybiegł strażnik, krzycząc – cerrado cerrado (zamknięte). Ja, że wiem, chciałem tylko zrobić zdjęcia tej ciekawej szopy w ruinie koło szlabanu. W porządku. Strażnik nawet nie zauważył skąd przyszedłem. Ale nie omieszkał mnie poinformować, że Turrialba to bardzo niebezpieczny wulkan, gdybym wszedł na górę, natychmiast bym zginął.Dodał, że już od sześciu lat park jest zamknięty dla zwiedzających i nie planuje się na razie ponownego otwarcia.

Strażnicy parkowi w Kostaryce mają ładne mundury, wypasione terenówki, ale wiedzy o wulkanach za grosz. Strażnik pod wulkanem Irazu, uzasadniając zamknięcie wulkanu - Poas - w kwietniu 2017 roku, powiedział tak. W tamtym roku wulkan był niespokojny, teraz jest cicho, jak tak dalej będzie to może go niedługo otworzymy. Zależy nam na bezpieczeństwie turystów. I w tym momencie trzeba sobie zdać sprawę, że to gigantyczna bzdura. Skoro wulkan wybuchł w 2017. Krzywdy nikomu nie zrobił, a był dostępny turystycznie. To ryzyko, że tą krzywdę zrobi staje się minimalne. Skoro gazy i lawa znalazły ujście, mają swobodną możliwość wydostawania się, ryzyko dużej erupcji jest bliskie zeru. Gdy wulkan się uspokoi, wtedy jego niebezpieczeństwo wzrasta, a w Kostaryce wtedy zamierza się otwierać wulkany dla turystów. Gazy i lawa kumulują swoją energię pod powierzchnią, aż pewnego dnia gwałtownie wybuchną. Jak to miało miejsce na wulkanie Ontake w 2014 roku w Japonii, gdy zginęły na skutek nagłej, niespodziewanej erupcji, 63 osoby. Dużo bezpieczniej jest, gdy lawa i gazy mają permanentne ujście. Nie przez przypadek turystycznymi wulkanami w ciągłej fazie erupcji lawowej są takie wulkany jak: Erta Ale (Etiopia), Stromboli (Włochy), Ambrym (Vanuatu) czy Masaya (Nikaragua). Widoki są spektakularne, a ryzyko dużej erupcji minimalne. Dokładnie taka sama sytuacja jest na wulkanie Turrialba, gdzie jest krater z płynną lawą. Właśnie teraz jest najbezpieczniej dla turystyki, zwłaszcza że punkty widokowe są daleko od krateru (tak samo jak na wulkanie Poas).

Argumenty Kostarykańczyków, że wulkan musi być zamknięty, bo w razie nagłej erupcji może nie uda im się ewakuować turystów, to kolejna głupota. Każdy kto wybiera się oglądać aktywny wulkan musi brać pod uwagę, że może zginąć na skutek erupcji. I robi to na własną odpowiedzialność. Nawet jeśli ryzyko jest niewielkie, to jest.

Bez względu czy aktywny wulkan jest spokojny czy nie, żaden park nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa ani skutecznej ewakuacji. Dlatego zamykanie wulkanu z takich właśnie powodów to głupota w czystej postaci. A dla nie zamożnej Kostaryki utrata gigantycznych pieniędzy, o co się piekli lokalna społeczność i słusznie. Wulkan Poas był jednym z dwóch najchętniej odwiedzanych parków narodowych w Kostaryce. Teraz pozostaje zamknięty. W Kostaryce nigdy nie wiadomo kiedy wulkan zamkną, kiedy otworzą, dlatego nie można sobie planować wakacji w Kostaryce z oglądaniem wulkanów. Kupimy bilet, przylecimy i odbijemy się od szlabanu – szkoda czasu, pieniędzy i nerwów. A tak się składa, że najfajniejsze wulkany w Kostaryce są zamknięte.

Jak ktoś jest idiotą, trudno to zmienić, a Kostarykańczycy w kwestii wulkanów są idiotami.

Kochają USA i zgapili od nich umieszczanie licznych głupich tabliczek ostrzegawczych i zakazujących. Niebezpiecznie, nie wolno, nie parkuj, zwolnij, zamknięte… Ale co ciekawe, nikt nie przejmuje się wożeniem ludzi na pace vanów, po drogach publicznych. Sam skorzystałem z takiej podwózki. Generalnie, ludzie w Kostaryce są bardzo sympatyczni, pomocni, przyjaźni. Za wyjątkiem tych debili co decydują o zamykaniu parków narodowych. USA osiągnęły pod względem reglamentacji dostępu do parków narodowych oraz rezerwatów maksimum abstrakcji. Choć ja wolę nazywać rzeczy po imieniu. Maksimum głupoty. Kostaryko nie idź tą drogą, to zła droga, donikąd. Głupiego prawa w końcu zaczyna się masowo nie przestrzegać i przestaje szanować. 

Ale wróćmy do tematu – schodzę z Turrialby. Mam do pokonania ponad 10 kilometrów w dół do La Pastory, te 4 godziny na szczycie skomplikowały mój powrót, ale gdyby była dobra pogoda, też tyle bym tam spędził. Przemoczony doszczętnie, kuśtykając, nagle słyszę duży samochód jadący w dół. To nie deja vu. Zatrzymuję, kierowca zgadza się zwieźć mnie do La Pastory. To nagroda za cierpliwość na szczycie i przemoczone majtki. Oszczędzam dobre dwie godziny marszu jak nie trzy i sporo wysiłku. A deszcz nie ustaje. Na miejscu, gdzie wysokość to ponad 1600m, kilometr mniej niż wejście do parku, słyszę że autobus będzie za półtorej godziny. Ale jest tu kawiarnia i sklepik.

Potem co? Autobus do Cartago, następnie do San Jose, trochę pieszo i około 18:00 docieram do hostelu. Pranie, suszenie, mycie, przepakowanie, jedzenie, przygotowanie się do kolejnego wulkanu i rano ciąg dalszy. Na sen zostało z pięć godzin. W tym momencie w Kostaryce osiągnąłem więcej aniżeli chciałem, a miałem jeszcze dwa dni.

Ktoś może zapyta, a czemu nie próbuję uzyskać pozwoleń? Nieraz o tym pisałem. Bywa że nie da się. Ale rozwiązanie, że wiele miesięcy naprzód mam się tym zajmować, to nie dla mnie. Przez uniwersytety, ambasady, dyrektorów parków, ministerstwa. Jakieś pisma, ustalenia. Mnóstwo pracy i czasu, marnowanie pieniędzy, a efekt nigdy nie jest pewny. Potem ustalenie daty, przydzielenie mi jakiegoś strażnika do opieki, który by mi nigdy nie pozwolił nocować pod szczytem Turrialby. To nie jest żadne rozwiązanie. A takie, przyjeżdżam i załatwiam też nie. Bo na ogół traci się 2-4dni i efekt jest mizerny, a potem jak ktoś mnie złapie na wulkanie, trudniej będzie się wykręcić. No i co w sytuacji, gdy odwiedzam kilka krajów i dwadzieścia parków? Nie mam wyjścia, muszę działać jak działam. Idealnie byłoby co najwyżej zakomunikować komuś, że idę na wulkan i załatwione. Ale to nie w dzisiejszych chorych sformalizowanych czasach.

A w jaki sposób dotarłem do celu? Cały czas staram się na wyczucie. Ale wspomagam się amatorskimi metodami. Ładuję na telefon mapę danego regionu, najczęściej nienajlepszą, a że telefon ma gps, to jest w stanie pokazać gdzie jestem i w jakim kierunku zmierzam. Więc nawet jak nie widzę drogi, to wiem że zbliżam się do wulkanu. Choć bywa, że przez większość dnia gps nie potrafi złapać sygnału. Wtedy pozostaje intuicja. Ciągle mam nadzieję, że cały ten internet i świat cyfrowy trafi szlag. :) I w takim świecie bez problemu sobie poradzę. A wy?

Ale nie, świat cyfrowy ma też dobre strony, chociaż powoli staje się takim złodziejem czasu, traconym na bezużyteczne rzeczy. Zaczyna to przypominać przerost formy nad treścią. A jak widzę ile w internecie, w tym na tzw. poważnych portalach jest bzdur, nieistotnych materiałów, błędów, kłamstw i niedoróbek. To myślę sobie jednak – to musi się kiedyś rozlecieć. Przeszedłem swoistą drogę, TV zamieniłem na internet, a że w nim znalezienie czegoś na poziomie jest trudne i czasochłonne, z radością coraz częściej wyłączam router, wifi, nic nie czytam, bo prawie wszystko to „głupota dnia”, „news dnia” pt. Zosia, narzeczona nieznanego sportowca X mówi, że najlepszą kapustę jadła w Pekinie. A na wyprawach bez sieci jestem szczęśliwy i myślę sobie, że te orangutany, które czasami oglądam, niedługo przegonią nas w poziomie inteligencji i staną się gatunkiem najbardziej rozwiniętym… chyba że do nich też dotrze internet. Ale sam skażony już nim zostałem. Bo poczuwam się jednak pisać tego bloga, skoro zacząłem. Tylko zawsze przedkładam jakość nad szybkość publikacji. Choć w dzisiejszych czasach powinno być na odwrót. Tyle dygresji.

Kilka informacji praktycznych- KOSTRYKA. Gniazdka elektryczne to dwa płaskie bolce. Gdzie spałem? Hostel del Paseo, ale to przypadek, nienajlepszy. Był bardzo blisko miejsca skąd dojechałem autobusem i skąd wyjeżdżałem. Położony w centrum, widać że po jakimś remoncie. Dwie z trzech recepcjonistek bardzo sympatyczne. Można zostawić bagaż do przechowania, z czego korzystałem. Dają trzy różnej wielkości ręczniki, za to ciepłej wody dwa na trzy noclegi nie miałem. Ceny od 8USD do 50USD za pokój prywatny. Ale ściany cienkie, część pokoi bez klimatyzacji i zrobione w środku budynku, a więc bez okien. Kuchnia dla tych co lubią sami gotować niedostępna, tylko dla pracowników, którzy rano odpłatnie serwują śniadanie. Brak w ofercie wycieczek czy w ogóle wiedzy u pracowników na ten temat. Innymi słowy, można się przespać, ale gdybym świadomie a nie z marszu wybierał miejsce noclegu, wybrałbym inny obiekt.

Na zdjęciach: na pierwszy Turrialba z wulkanu Irazu. Potem masyw wulkanu Turrialba z aktywnym kraterem, na koniec miejscowość La Pastora.


Znajdź mnie

Reklama

Wydarzenia

Brak wydarzeń

nationalgeographic-box.jpg
redbull-225x150.jpg
tokfm-box.jpg
tvn24bis-225x150.jpg

Reklama

Image
Klauzula informacyjna RODO © 2025 Grzegorz Gawlik. All Rights Reserved.Projekt NRG Studio
stopka_plecak.png

Search