Pierwsze akapity pierwotnej wersji niniejszego artykułu dotyczyły mojego udziału (również pierwszego) w konkursie podróżniczym z grantem finansowym. Skoro się skończył, nie ma sensu zaśmiecać bloga nieaktywnymi linkami odsyłającymi. Lecz przed usunięciem całego wpisu powstrzymały mnie dalsze jego fragmenty. Które nic ze swojej aktualności nie straciły i charakteryzują moje podejście do współczesnego cyfrowego świata i życia w stylu „online”.
(…) Co nie zmienia faktu, że z dużym dystansem podchodzę do tego typu konkursów. Z prostej przyczyny. Facebook, twitter, instagram – i wiele podobnych, lajki, wydarzenia na facebooku, grupy na facebooku, nachalna autopromocja i informowanie o niemal każdej czynności jaką wykonuję w życiu, bycie online 24/h, moja częsta obecność na zdjęciach - to nie jest mój naturalny świat. To, że w ogóle jakoś w tym funkcjonuję, to zasługa przyjaciół i znajomych, którzy mnie męczą, naciskają, mobilizują, pomagają, a nierzadko i za mnie robią. Wiem, że oni mają rację, nie walczysz na tym polu to cię nie ma. Przez kilkanaście lat robiłem swoje, zdobywałem góry, wulkany, lodowce, pustynie, zupełnie nie interesowałem się tzw. zaistnieniem i promocją. I najszczęśliwszy byłbym gdyby tak pozostało. Ale to niemożliwe w dzisiejszych czasach. Z perspektywy mojej publicznej (nie)aktywności z przed kilku lat, zrobiłem ogromny postęp na opisywanym polu, przyszło mi to z trudem, a i tak ciągle słyszę, że robię stanowczo za mało. Pewnie tak jest.
Z tych powodów mój udział w konkursach, plebiscytach, z góry jest na straconej pozycji. Nie zadbałem o tysiące znajomych na fejsie, o dziesiątki tysięcy polubień czy subskrybentów własnych kanałów, profili, stron internetowych. Nie promuję się gdzie tylko można i nie można. Bez takiego zaplecza, które zagłosuje, prześle informację dalej, nawet najlepsze projekty się nie sprzedadzą, nie wygrają. W żadnej dziedzinie. Czym jesteś popularniejszy, czym więcej znasz osób, tym masz większe szanse – to są praktycznie jedyne kryteria (na szczęście, czasami idzie to w parze z ciekawym, dobrym pomysłem, projektem). Nie obrażam się na to, taki jest świat, nie mam na to wpływu. Mogę jedynie próbować się dostosować do panujących trendów, chociaż w wielu z nich nie widzę żadnego sensu ani wartości. Ale walczę, na ile starcza mi siły. Bez spiny, co ma być to będzie. I tak będę robił swoje. Realizował kolejne projekty wyprawowe.
Co nie zmienia faktu, że dziękuję bardzo wszystkim, co mi pomagają w tym moim nieudolnym nadążaniu za dzisiejszymi trendami. Mobilizują do działania, czasami działają za mnie, lajkują, udostępniają dalej, komentują. Doceniam!
Error